Moje paletki Sleek i inne cienie, które lubię

Przeglądając moje kolekcje cieni do makijażu nietrudno zgadnąć, jakie lubię najbardziej. To przede wszystkim paletki Sleek i-Divine oraz pojedyncze Catrice Liquid Metal. Niedawno zakupiłam aż trzy kasetki Sleeka i teraz mam tak dużo cieni, że aż w ogóle nie mam ochoty kupić więcej i nic nie potrzebuję! Lubię ten stan i lubię moje cienie. Dzisiaj zaprezentuję Wam moje "skarby". Ale aby nie było nudno, powrzucałam też trochę zdjęć umalowanej mnie. Mistrzem makijażu nie jestem, jakoś dużo o kolorówce pisać więcej nie planuję, więc te fotki tylko tak dla zabawy i potraktujcie te fotki z wyrozumiałością ;) 


Sleek Au Naturel
Rzadko wykonuję makijaż typu nude, zazwyczaj wolę pstrokaciznę. Ale do kolorowych rzęs lub eyelinera bądź do rozcierania innego, wyraźnego cienia ta paletka się przydaje. Czarnym cieniem podkreślam linię rzęs, ciemnobrązowym brwi, jasnymi beżami rozcieram inne cienie. a ten miodowy idealnie nadaje się u mnie do makijażu typu „no make-up”, ładnie stapia się z kolorem mojej cery przy okazji fajnie ją rozświetlając i ocieplając.
Tą paletkę już trochę mam, co widać, obudowa pękła i musiałam ją skleić taśmą – ale brawa, że cienie się nie rozsypały, a lusterko nie stłukło. Nawet jeśli na co dzień preferuję więcej koloru, to i tak uważam, że każdy powinien mieć porządny zestaw naturalnych cieni. A ta paletka dobrze się u mnie sprawdza w tej roli.
Nie będę pokazywać u siebie swatchy, zamiast tego bezczelnie odeśle Was do Jamapi – za każdym razem, gdy pojawiają się nowe palety Sleek zaglądam właśnie do niej :)

Nazwy cieni, od lewej, górny rząd: 1. Nougat, 2. Nubuk, 3. Capuccino, 4. Honeycomb, 5. Toast, 6. Taupe;
dolny rząd: 7. Conker, 8. Moss, 9. Bark, 10. Mineral Earth, 11. Regal, 12. Noir


Sleek Curacao
Jeny, jak długo na nią „chorowałam”! Jest świetna! A przynajmniej dla kogoś, kto lubi pstrokaty makijaż. Podoba mi się to, że w jednej paletce znajdę wszystkie podstawowe kolory – żółty, pomarańczowy, czerwony, różowy, zielony, niebieski i fioletowy. Do tego mieszając je ze sobą można uzyskać wiele fajnych odcieni. Dodatkowym plusem są nazwy poszczególnych cieni, pochodzące od drinków – jest Curacao, Tequila Sunrise czy Bloody Mary. Trochę się osypują przy nakładaniu, ale za to mają świetną pigmentację, nawet żółty daje radę. Moja ulubiona paletka ever!

Nazwy cieni, od lewej, górny rząd : 1. Tequila Sunrise, 2. Martini, 3. Blue Hawaiian, 4. Bloody Mary, 5. Screwdriwer, 6. Green Iguana;
dolny rząd: 7. Apres Midori, 8. Blue Lagoon, 9. Purple Haze, 10. Green Martini, 11. Singapore Sling, 12. Espresso Martini


Sleek i-Candy
Jeden z trzech najnowszych nabytków, jeszcze nie zdążyłam zgubić/zniszczyć folii z nazwami. Kupiłam ją przede wszystkim ze względu na zielony „Pear Drop”, uwielbiam ten odcień! Moim zdaniem warto zwrócić też uwagę na „Cream soda” – niby zwykły biały, ale ten połysk nadaje mu metalicznych, srebrnych tonów. Fajne są też „Apple sour” i „Mint cream” – to właściwie jeden kolor w dwóch wykończeniach, w sam raz dla fanek seledynowej mięty. To tyle jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenie, „I-Candy” mam raptem od paru dni i nie zdążyłam jeszcze zrobić nią żadnego porządnego makijażu, tylko kilka testów.


Sleek Garden of Eden
Kolory ziemi, wręcz stworzone dla mnie! Uwielbiam wszystkie zielenie z tej paletki, nawet te chłodne cudnie wyglądają u mnie na powiece. Bardzo polubiłam cień „Entwined” – brakowało mi takiego pośredniego brązu w „Au Naturel”, nie za jasnego ani zbyt ciemnego. Złote drobinki tylko dodają mu dyskretnego uroku. Ten cień właśnie gra główną rolę w makijażu, który jako tako widać na pierwszym zdjęciu z tego posta. Bardzo podoba mi się też „Gates of Eden” – uwielbiam takie stare złoto. I cieszę się, że nie mam wszędobylskiej, matowej czerni.


Sleek Arabian Nights.
Początkowo planowałam kupić „Vintage Romance”, jako że wydawała się bardziej pasować do mojego jesiennego typu urody i podobał mi się jej klimat. Jednak różowe cienie mnie rozczarowały (wolałabym fiolety), a pozostałe kolory mogłabym znaleźć w innych paletkach. W przypadku Arabian Nights było odwrotnie – pierwsze wrażenie było zniechęcające, ale zmieniłam zdanie, gdy się jej dokładnie przyjrzałam. Nie spodobały mi się te niebieskości i granaty – to raczej nie są moje kolory. Ale przestałam się tym przejmować ze względu na pozostałe cienie – są naprawdę przepiękne! Znów bardzo przypadły mi do gustu najjaśniejsze z nich, czyli różowawy „Scheherazade’s Tale” oraz złoty „Gold Souk”. Podobają mi się też: ciemnozielony Hocus Pocus, fioletowy „Valley of Diamons” oraz ciemnoniebieski „Simbad’s Seas”, choć tego ostatniego nie powinnam używać według mojego Ukochanego – najwyraźniej nie lubi niebieskości w makijażu ;) Duży plus za satynową czerń! W większości paletek Sleek pojawia się matowy czarny, co przy zakupie kilku jest trochę irytujące – cieszę się, że tutaj pojawiło się choć inne wykończenie, ta połyskująca czerń jest świetna.


Catrice Liquid Metal Eyeshadow
Tak mi się te metaliczne cienie Catrice spodobały, że kupiłam wszystkie cztery z Afrykańskiej edycji limitowanej Le C’est Afrique, co mnie trochę kasy kosztowało. Nie są idealne – jak widzicie strasznie się sypią i kruszą, nie wytrzymają żadnego upadku. Gdy mój kot zrzucił pudełko z cieniami udało mi się je odratować (dolać spirytusu kosmetycznego, ułożyć szpatułką i zostawić do wyschnięcia), ale trochę zmieniły swoje właściwości, no i wyglądają paskudnie. A potem pokruszyły się jeszcze raz. Mimo wszystko uwielbiam je! Te z limitki mają bardzo dobrą pigmentację i cudnie wyglądają na powiece. Wiem, ze nie mają zbyt wielu zwolenniczek, bo wiele można im zazucić, ale dla mnie są po prostu fantastyczne!
Skoro cienie Liquid Metal z edycji limitowanej tak bardzo mi się spodobały, to postanowiłam kupić też kilka ze stałej oferty, tym bardziej, że kolory ładne. Te wydają mi się minimalnie gorsze jakościowo, ale wciąż jestem z nich zadowolona. Najbardziej z tego różu ze złotym pyłkiem – doskonały do rozświetlającego makijażu dziennego, ślicznie wygląda z brązem jak i ze srebrnym. Fiolet trochę mało fioletowy, ale też jest ok. Biały nie daje takiego efektu płynnego metalu, ma bardziej wyraźne drobinki i wygląda wręcz brokatowo, to naprawdę wyjątkowy cień, choć trochę trudno mi go używać bez efektu tandety.
Ten okrągły cień to Catrice Pure Chrome "Artfully Lustrous", z edycji limitowanej spectaculART. Bardzo go lubię i lubię siebie w tego typu cieniach, odnoszę wrażenie, że wtedy nawet za pomniejszającymi okularami moje oczy fajnie wyglądają.
Ogromnie żałuję, że nie mogę z tych cieni zrobić jednego, poręcznego zestawu. Kiedyś się chyba wkurzę i skruszę je i przerzucę do jakiejś paletki. W sumie to wszystkie moje pojedyncze cienie wolałabym mieć w takiej zbiorczej formie, byłoby mi dużo wygodniej.


Najczęściej sięgam po wyżej wymienione Sleek i Catrice, ale mam też trochę różności.
Wiele z moich pierwszych cieni wymieniłam na nowsze i lepsze, ale zostawiłam sobie dwie kasetki Avon. Są bardzo słabo napigmentowane, ale czasem to zaleta – było mi łatwiej na samym początku, gdy dopiero uczyłam się malować, a teraz sięgam po nie, gdy chcę zrobić sobie taki naprawdę delikatny, dyskretny makijaż na dzień. „Złotej” paletki używam dosyć często, podoba mi się jak te drobinki dyskretnie rozświetlają spojrzenie, podkreślają co trzeba a przy tym pozostają „w tyle” i nie odwracają uwagi od kolorowego eyelinera lub tuszu do rzęs. Drugą paletkę dostałam od mamy, jakoś jej nie podpasowały kolory. Mi też nie do końca pasują, a przynajmniej nie w takim zestawie, ale można je fajnie dołączyć do makijażu innymi cieniami. No i dzięki niej przypadkowo odkryłam, jak fajnie wyglądam w turkusie na powiece :)
My Secret Hot Colors miałam w ogóle nie kupować, bo przecież tyle już tych cieni mam. Ale są tak fajnie napigmentowane, tak bosko się blendują (fiolet jaki dają jest ekstra!), a ten róż jest wręcz neonowy! Byłam twarda aż do promocji, kiedy w wyniku obniżki ich cena spadła poniżej 10 złotych i dałam się przekonać. Trochę mnie wkurzają, bo wżerają się w skórę i ciężko je zmyć, co mnie zniechęca do ich używania, bo potem mam różową chmurkę wokół oka. Ale makijaż z nimi wygląda świetnie, przyjemnie się je nakłada i miesza na powiece.
Pigmenty Essence wyszperałam w wyprzedażowym koszyku. Najbardziej mi się podobał pierwszy który kupiłam, srebrny „Star Dust”. Długo szukałam srebrnego cienia, który by dawał super mocny, metaliczny efekt na oku i ten pigment sprawdził się doskonale. Reszty nawet za bardzo nie używałam, w sumie poza wspomnianym srebrem nie są mi potrzebne. Czerwony pigment „no-name” kupiłam dawno temu, ale w sumie odkąd mam paletkę „Curacao” przestałam po niego sięgać. Dwa jasne, fioletowe cienie uzupełniają moją kolekcję – uwielbiam ten kolor, a te odcienie fajnie sprawdzają się w dziennym, pastelowym makijażu, szczególnie Sensique 231 „Purple Crocus”.
Mam też dwa cienie w kremie. Pierwszy z nich, to miedziany Catrice, który kupiłam spontanicznie, gdy szperałam w wyprzedażowym koszyku w Naturze. Czy pisałam, że uwielbiam metaliczne cienie do powiek? Maybelline Color Tatoo „Endless Purple” kupiłam dla odcienia – to mój fiolet idealny! Nie umiem ich perfekcyjnie nakładać, ich formuła sprawia mi trochę problemów, ale bardzo mi się podobają mimo to.


Kolorówka to takie cukierki i zabawki dla dorosłych kobiet. Tak naprawdę połowy nie potrzebuję i używam rzadko, ale takie to ładne, tak się błyszczy, takie kolorowe… W porównaniu z moją kolekcją lakierów, cieni do powiek nie mam wcale aż tak dużo, ale wciąż w moim odczuciu mnóstwo. Jestem jednak w pełni zadowolona z mojego zestawu, mam tu wszystko czego potrzebuję do każdego rodzaju makijażu – dziennego, wieczorowego jak i szałowo-pstrokatego. Pokazuję je w ramach projektu „Kosmetyczne skarby”, ale także, żeby wypytać Was, jakie cienie lubicie najbardziej? Palety Sleek są tak popularne, że pewnie wiele z Was również je ma – jakie wybrałyście lub chciałybyście mieć?


UWAGA! Jeżeli któraś z Was chciałaby kupić sobie jakąś paletę Sleek, to mam do oddania kod rabatowy. To ledwo 7% zniżki, do 30 września, więc szału nie ma, ale zawsze coś. Dostałam go od sprzedawcy na allegro, ale sama z niego nie skorzystam bo kupiłam wszystko co chciałam, a szkoda, żeby się zmarnował. Jeżeli ktoś jest zainteresowany, to śledźcie mój blogowy fanpage – dziś wieczorem pojawi się tam post na ten temat, a kto pierwszy ten lepszy ;)


Podobało Ci się? Zobacz więcej za pomocą facebooka lub bloglovin!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Witaj serdecznie na blogu cienistość.pl! Znajdziesz tutaj mnóstwo inspiracji z oryginalnymi zdobieniami paznokci. Przygotowuję videotutoriale, tematyczne serie i przeglądy trendów. Mam nadzieję, że zostaniesz ze mną na dłużej :)