W „Sweet Peach” zauroczyłam się od pierwszego wejrzenia. Oszalałam na jej punkcie! Spodobała mi się tak bardzo, że nie pomogły żadne racjonalne tłumaczenia i po prostu musiałam ją kupić. Kosztowała miliony monet, ale nie żałuję zakupu i bardzo się cieszę, że udało mi się na nią wygospodarować pieniądze. Te 189 złotych za paletę cieni to dla mnie bardzo, bardzo dużo, aż mi ręka drżała, gdy płaciłam. Ale postanowiłam sobie, że skoro tak mi się niesamowicie podoba, to cierpliwie poczekam aż nazbieram na nią pieniądze i kupię, bez kombinowania z rozczarowującymi, tańszymi zamiennikami. Zajęło mi to ponad pół roku, ale jaka była potem radość z zakupu!

Ja to takie biedne skąpiradło jestem (albo lisek chytrusek). Ostatnio to już w ogóle chętniej kupię kredki albo coś do domu, niż kosmetyk, ale mimo to wydałam prawie 200 złotych w Sephorze na paletę cieni Too Faced „Sweet Peach”. Czasem sobie myślę, że chyba mnie powaliło tyle kasy na cienie do powiek, jakbym żadnych nie miała. Ale z drugiej strony – to jest paleta, po którą sięgam regularnie i do teraz czuję takie westchnienie zachwytu, gdy na nią patrzę (jakkolwiek głupio by to nie brzmiało). Spróbuję jednak się opanować i sięgnąć po mój krytyczny racjonalizm, aby ocenić czy warto było wydać tyle hajsów na „Sweet Peach”.

Przy okazji stwierdzam, że to będzie taka naprawdę szczera i porządna recenzja. Ostatnio tyle jest kosmetycznych nowości, że zazwyczaj palety cieni doczekują się tylko swatchy i testu z pierwszym wrażeniem. To też jest efekt działania blogerów i youtuberów, którzy prezentują tyle współprac i paczek PR, że nie ma już czasu na wielotygodniowe testy produktów. Ale z drugiej strony wydaje mi się, że kształtują to też odbiorcy, który klikają jedynie recenzje gorących nowości, na które teraz jest hype. I cały czas, gdy piszę te słowa to się zastanawiam – czy jest pisać recenzję tyle miesięcy po wypuszczeniu brzoskwiniowej serii przez Too Faced? Czy kogokolwiek jeszcze „Sweet Peach” interesuje?

Ale jak widzicie, postanowiłam ten post opublikować, choćby dlatego, że mnie „Sweet Peach” interesuje 😛 Ale co najważniejsze – zależy mi na tym, aby pokazywać nie tylko gorące nowości, ale też starsze hity. Aby pomóc sobie i Wam doceniać to, co już mamy w swoich kosmetyczkach i co wciąż może być atrakcyjne i ekscytujące – wiecie, #projectpan, minimalizm i te sprawy 😉

Przeczytaj też: Lubię oglądać zużyte palety cieni. Co to jest „project pan”?

 

 

Czy komuś „Sweet Peach” trzeba w ogóle przedstawiać? To śliczna i urocza paleta marki Too Faced z serii brzoskwiniowych kosmetyków do makijażu. Nawet pachnie brzoskwinkami! Zapach nie jest co prawda taki zupełnie naturalny, raczej przypomina mi brzoskwiniową, butelkowaną icedtea. W każdym razie – pachnie ślicznie, nawet teraz, po roku! Czasem sobie ją otwieram i wącham jak nienormalna 😉 Co mnie zaskoczyło – kasetka jest metalowa, ale nie zamyka się na zatrzask, tylko magnetycznie. Sama paleta przez to opakowanie jest dość ciężka. W środku jest lusterko, ale moim zdaniem niezbyt praktyczne, takie raczej niewygodne – za bardzo zasłania je napis – jako krótkowidz mało w nim widzę, więc zazwyczaj korzystam z innego lusterka.

 

Too Faced „Sweet Peach” – swatche i omówienie kolorów

Brzoskwinki i jasne cienie

WHITE PEACH – satynowa, złamana biel. Och, jaki ten odcień jest piękny! Nie przepadam za klasyczną, zimna bielą, za to ten odcień z palety sprawdza się u mnie idealnie. Szkoda, że nie jest mocniej napigmentowany, ale mimo to daje radę. Nakładam go pod łuk brwiowy – sprawdza się tam idealnie!

NECTAR – metaliczne złoto o pięknym odcieniu. Nie jest może najmocniej napigmentowane, ale błyszczy się prześlicznie. Na powiece ruchomej wypada słabo, ale za to do rozświetlenia wewnętrznego kącika nie ma sobie równych! Lubię go też tak gradientowo nakładać na powiekę w połączeniu z zielonkawym „Bless her heart” – pięknie razem wyglądają.

PEACHES’N’CREAM to jasny, lekko żółtawy matowy cień. Dobry cień transferowy do rozcierania innych cieni, jako baza makijażu. Uwielbiam jego odcień, podoba mi się bardziej, niż standardowe beżowe cienie.

GEORGIA – jasny, różowo-brzoskwiniowy matowy cień. Właściwości ma podobne do „Peaches’n’cream”. Fajnie, że są tutaj dwa cienie, które można używać jako baza – wiem, że te się najszybciej zużywają i dobrze, jak jest ich więcej.

CANDIED PEACH – najbardziej intensywny kolor z całej palety, najbardziej zwraca na siebie uwagę. To ten cień widać w 90% makijaży na Instagramie wykonanych przy pomocy palety „Sweet Peach” – zupełnie mnie to nie dziwi, sama też właśnie od niego zaczęłam. Nasycony, choć lekko zgaszony brzoskwiniowy pomarańcz – wyjątkowy kolor. Matowy, ale z delikatnymi brokatowymi drobinkami opalizującymi na różowo. Może się wydawać trochę suchy, ale mi to nie przeszkadza.

JUST PEACHY – ciepły róż opalizujący na złoto. Metaliczno-duochromowy, taki wiosenny. Bardzo podobny do popularnego KOBO „Golden Rose”.

BELLINI – kolejny metaliczno-duochromowy róż, opalizujący na złoto-różowo. Ciemniejszy i bardziej zgaszony od „Just Peachy”. Idealny do romantycznych makijaży. Uwielbiam go!

 

 

Brązy i nude

LUSCIOUS – w palecie wygląda dość zwyczajnie, po prostu na jasny, metaliczny beżowy. W rzeczywistości jest dużo ciekawszy! Przez to, że ma ciepłą tonację rozciera się na rudo z pięknym połyskiem, a błyszczy bardzo intensywnie! Zaskoczył mnie tak bardzo, że swój pierwszy makijaż z paletą „Sweet peach” zrobiłam właśnie z tym cieniem na powiece ruchomej. I do teraz jak muszę zrobić szybki, neutralny makijaż to wybieram właśnie „Luscious” – zawsze daje świetny efekt. To jeden z moich ulubionych cieni z tej palety, uwielbiam go!

CARMALIZED – średni brąz o metalicznym wykończeniu i ciepłej tonacji. Ogólnie nie przepadam za takimi brązami, ale ten jest prześliczny!

COBBLER – lekko ciepły metaliczny brąz. Taki średnio-jasny – ciemniejszy od Luscious, odrobinę jaśniejszy od Carmalized. Moim zdaniem to zbędny cień w tej palecie, jest zbyt podobny do Carmelized, przez co użyłam go ledwo parę razy. Wolałabym na jego miejsce coś ciekawszego.

PUREE – średni, matowy brąz o lekko ciepłej tonacji, bardzo mi się podoba. I to on sprawił, że pokochałam ciepłe brązy w załamaniu powieki – wcześniej zawsze używałam chłodnych odcieni, ale „Puree” to zmienił!

SUMMER YUM – matowy brąz. Cieplejszy i o bardziej ceglastym tonie w porównaniu do Puree.

CHARMED, I’M SURE – ciemny, matowy brąz. Zdecydowanie chłodny.

Przy okazji chciałabym wspomnieć, że matowe cienie Too Faced są napakowane na maksa, takie jakby super skoncentrowane – używałam ich wiele razy, szczególnie „Puree”, a wyglądają na nietknięte! Wystarczy tylko dotknąć pędzlem powierzchni cienia, bez mieszania i już nabiera się odpowiednia ilość.

 

 

Kolorowe akcenty

Kolorowe cienie w rzeczywistości wcale nie są aż takie kolorowe – wszystkie są barwy są bardzo zgaszone i dość ciemne. Ale mówię to z perspektywy osoby, która nosi pstrokate cienie do powiek – w porównaniu z żywymi barwami do jakich byłam przyzwyczajona, te kolory ze „Sweet peach” są zaskakująco przygaszone. Ale pokochałam je mimo to, bo idealnie nadają się na bardziej formalne okazje. A fanki neutralnych brązów, które chcą zacząć eksperymentować z kolorami powinny być zachwycone tą paletą, świetna dla tych, którzy dopiero wprowadzają kolorowe cienie do makijażu.

BLESS HER HEART – oliwkowo-zielony, o szarawych tonach i metalicznym wykończeniu. Gdybym dostała ten cień solo to zestawiłabym go z szarościami i chłodnym brązem. Całe szczęście jako że to paleta „Sweet Peach” to użyłam ciepłego brązu i o jeny, jak „Bless Her Heart” wygląda super nałożony na powiekę ruchomą i zestawiony z rudymi brązami w załamaniu! Cudowny cień na jesienną porę!

TEMPTING – dla mnie to praktycznie czarny. Satynowy, z różowo-fioletowymi drobinkami. Używam bardzo, bardzo rzadko – częściej jednak sięgam po czarną kredkę. Ale sprawdza się do przyciemniania linii rzęs czy załamania powieki.

PEACH PIT – bardzo zgaszony ciepły fiolet, metaliczny o wielowymiarowym połysku. Uwielbiam zestawiać go z „Bellini”, świetnie wygląda też z „Luscious” oraz „Just peachy”.

DELECTABLE – satynowy śliwkowy fiolet z subtelnymi drobinkami. Przyciemniam nim często załamanie powieki i zewnętrzny kącik w makijażu z brązami. Albo rozcieram w załamaniu gdy zależy mi na fioletowo-różowym połączeniu kolorów.

TALK DERBY TO ME – satynowy bardzo ciemny i chłodny fiolet z różowymi drobinkami. Nie rozciera się najpiękniej, tak właściwie to średnio ten cień lubię i nie byłoby mi przykro, gdyby zniknął 😛 Ale zdarza mi się go użyć, jeżeli zależy mi na chłodniejszym makijażu.

 

Rozważania na temat cieni i odcieni

Cienie z palety „Sweet Peach” są bardzo dobrze napigmentowane. Nie wszystkie co do jednego, ale większość z nich. Nawet nie ma tutaj co myśleć o „zamieszaniu” pędzlem w cieniu, bo zazwyczaj wystarczy lekko dotknąć powierzchni cienia by nabrać na pędzel odpowiednią ilość.

Wyjątkiem są mniej napigmentowane jasne cienie po lewej – ledwo je widać na skórze. Na początku żałowałam, że to złotko „Nectar” jest takie delikatne, bo uwielbiam takie kolory. Ale okazało się, że choć na powiece wypada średnio, to jest genialny do rozświetlenia wewnętrznego kącika – i teraz to mój ulubiony cień do tego zadania! Co zresztą widać po zużyciu 🙂 W przypadku pozostałych jasnych cieni właściwie ta średnia pigmentacja jest akceptowalna, taka w sam raz. Satynowy, kremowy „White Peach” idealnie nadaje się do podkreślenia łuku brwiowego – gdyby był mocniejszy, bardziej biały, to brzydko by w tym miejscu wyglądał, a tak daje efekt naturalnego, pięknego rozświetlenia

Jasne matowe cienie „Peaches’n’cream” oraz „Georgia” też są bardzo delikatne i ledwo widoczne, ale z powodzeniem używam ich na całą powiekę jako bazę do rozblendowania ciemniejszych cieni w załamaniu. Wcześniej za każdym razem używałam do tego mineralnego cienia Anabelle Minerals „Vanilla”, to mój hit, ale w podróży wygodniej mi jest sięgać po prostu po te dwa cieliste cienie z palety.

Pozostałe matowe cienie są mocno napigmentowane. Początkowo musiałam się do tego przyzwyczaić, ale teraz są dla mnie idealne! Mają moc, dzięki czemu można uzyskać nasycony kolor bez nieskończonego dokładania cienia i budowania koloru. Ale jednocześnie nie są zbyt napigmentowane, nie trzeba z nimi aż za bardzo uważać i nie wymagają doświadczonej ręki (w przeciwieństwie np. do cieni z palety Nabla „Dreamy”). Teraz po roku stwierdzam, że cienie Too Faced to mój ideał jeśli chodzi o balans pigmentacji, jakości, rozcierania itp. I bardzo, ale to bardzo chciałabym mieć jeszcze kiedyś kolejną paletę cieni tej marki. Mam na oku np. Chocolate Gold, ale nie wiem czy kupię ją w najbliższym czasie – na razie mam inne wydatki, ale naprawdę mnie kusi ten zakup.

Zobacz też: Paleta cieni Nabla „Dreamy” – recenzja

W palecie „Sweet Peach” na pierwszy rzut oka najbardziej wyróżnia się pomarańczowo-brzoskwiniowy cień „Candied Peach”. O rany, jaki on jest piękny! Kolor wydaje się intensywny i na początku trochę strach dać taki cień w załamaniu powieki w dziennym makijażu, ale w rzeczywistości jego odcień jest dosyć przygaszony i pięknie rozciera się i stapia ze skórą oraz z resztą makijażu. Warto się odważyć i spróbować, bo to przepiękny i naprawdę unikalny cień. To mat z różowymi drobinkami i czasami lekko te drobinki nawet widać na powiece, ale trzeba się porządnie przypatrywać, bo szybko znikają przy rozcieraniu.

Cień „Luscious” zasługuje na osobny akapit, bo jest niesamowity! Jak planowałam zakup palety „Sweet Peach” i rozmyślałam o tych cieniach, to wyobrażałam sobie, że swój pierwszy makijaż wykonam z cieniem „Candied Peach” oraz „Bellini”. Ale po zrobieniu pierwszych, szybkich swatchy największe wrażenie zrobił na mnie właśnie „Luscious”. W palecie jest strasznie niepozorny, ot taki tam przeciętny nudziak jakich teraz pełno. Ale o rany, jakie on ma piękne wykończenie! Baza tego cienia jest taka rdzawa, ma śliczny odcień. A ten nudziakowy kolor w palecie to tak naprawdę nie jego prawdziwy odcień, ale sam czysty blask, jaki się z cienia wydobywa. Cień na powiece się zachowuje prawie jak duochrom (choć technicznie nie jest duochromem) i tworzy niesamowity efekt – niby rudy cień do powiek, ale ma taki lustrzany, chłodny połysk widoczny tylko pod pewnym kątem, w zależności od tego jak pada światło. Piękny efekt, jednocześnie delikatny i subtelny, w sam raz do eleganckiego makijażu na dzień, ale zarazem ma w sobie coś wyjątkowego. No moja miłość!

W palecie są aż dwa cienie w typie „rose gold” – „Just Peachy” oraz „Bellini”. Oba są piękne i superkobiece, cudownie wyglądają w makijażu! „Just peachy” jest bardziej intensywny, cukierkowo-słodki, brzoskwiniowo-różowy. Natomiast „Bellini” jest bardziej stonowany, zgaszony, ale też jego połysk wydaje mi się bardziej lustrzano-metaliczny. Oba mi się podobają. Co ciekawe popularny cień Kobo „Golden Rose” wypada tak akurat pomiędzy tymi dwoma cieniami „Sweet Peach”.

Sporo osób zarzuca Too Faced brak czarnego cienia w palecie. Ale nie wiem jak Wy, jednak ja w sumie nie używam za często czarnego cienia. Jak już to sięgam po czarną kredkę, a czarny cień to tak raz na ruski rok. No i mam dość czarnych cieni po tym, jak były obecne w prawie każdej palecie „Sleek”. Jeżeli potrzebuję mocniej przyciemnić zewnętrzny kącik powieki to ten prawie czarny cień „Tempting” albo prawie czarny granat z drobinkami „Talk Derby to Me” absolutnie mi wystarczą. Zresztą ten ostatni tylko do takiego przyciemniania się nadaje, bo choć w opakowaniu wygląda cudnie, to na powiece rozciera się do burej plamy, smuteczek.

 

Kolorowa i neutralna jednocześnie

Gdy tak spojrzeć na paletę „Sweet peach” to wydaje się niesamowicie kolorowa. Owszem, jest sporo brązów, ale oprócz tego w palecie znajdzie się też zieleń, róż, brzoskwinia, fiolet i granat. Niektórym może się wydawać pstrokata i odważna, ale co innego jednak w palecie, a co innego w makijażu – po nałożeniu na powiekę można zauważyć, że wszystkie te z pozoru wyraziste kolory są w rzeczywistości bardzo zgaszone i neutralne. Nawet jeśli sięgnę po wyróżniający się brzoskwiniowo-pomarańczowy „Candied Peach” i nałożę go z różem i fioletem, to makijaż wciąż będzie wyglądał bardzo dziewczęco i naturalnie. Tak raczej w stylu ślubnym niż typowo imprezowym. To było dla mnie trochę zaskakujące, ale też bardzo mi się spodobało – kompozycja kolorystyczna tej palety sprawia, że można tymi cieniami zrobić makijaż jednocześnie przemycający nieco pięknego koloru, ale też bardzo dziewczęcy, elegancki i stonowany, taki typowo upiększający, nadający się do pracy.

I dlatego tak tą paletę lubię! „Sweet Peach” jest jednocześnie kolorowa i neutralna. A do tego ilość kombinacji i różnorodnych makijaży, jakie można wykonać przy pomocy tej palety jest niesamowita. Całość tak skomponowano, że wszystkie cienie idealnie do siebie pasują, można łączyć wręcz każdy z każdym, co daje ogromną liczbę kombinacji. I to się sprawdza w praktyce – mogę zabrać paletę na dwutygodniowy wyjazd i codziennie mieć nieco inny makijaż!
Wiele neutralnych, dziennych palet cieni tak naprawdę jest strasznie mało różnorodna, w praktyce można z nimi zrobić jedynie parę różnych makijaży (mówię oczywiście o kombinacjach, które dają się nosić na co dzień, a nie insta-glam). Brązy często wypadają na powiece bardzo do siebie podobnie, a jeden akcent kolorystyczny to czasem za mało, żeby uzyskać dużą różnorodność makijaży. Ze „Sweet Peach” jest inaczej – tutaj naprawdę można szaleć! Makijaż klasyczny, pinup, romantyczny, słodko-brzoskwiniowy, jesienny, wiosenny, a nawet w chłodnej tonacji – naprawdę kombinacji jest mnóstwo!

Zobacz też: Filmik na IGTV @theCieniu z makijażami w ramach wyzwania #twoweeksonepalette

 

makijaż na jesień zielony ciepłe brązy
Mój ulubiony makijaż na jesień – ciepłe brązy w załamaniu powieki, a do tego oliwkowy-khaki “Bless her heart” na ruchomej powiece. Rozświetlacz obowiązkowo zielony!

 

makijaż too faced sweet peach luscious
“Luscious” w roli głównej! A do tego ciepłe matowe brązy, zielonkawy w zewnętrznym kąciku oraz złoty w wewnętrznym kąciku

 

Co jakiś czas wrzucam swoje makijaże na Instastories @theCieniu 🙂

 

makijaże z paletą too faced sweet peach
Trzy kolejne makijaże, od lewej: 1. Chłodniejsze kolory, 2. Lekki dzienny makeup, 3. Wiosenna brzoskwinka z “Charmed I’m sure” oraz “Just peachy”

 

100 razy ze „Sweet Peach”, a zużycia praktycznie nie widać

Tak się zachwycam, ale jak spojrzeć na „zużycie” to ubytek cieni jest ledwo widoczny. Powody do tego są dwa. Po pierwsze cienie są naprawdę mega napigmentowane, wystarczy lekko dotknąć je pędzlem, nie trzeba nic machać po palecie i przez to też nie pylą się w opakowaniu, co oznacza, że dużo wolniej się zużywają, są bardziej wydajne. Po drugie – używam tej palety średnio raz w tygodniu, na niedzielę albo na randkę, dlatego moje zużycie kosmetyków nigdy nie dorówna zużyciu osoby, która się maluje codziennie. Choć zapewniam Was, paleta się nie kurzy! A jak jadę gdzieś na weekend albo wyjeżdżam na święta, to właśnie tą paletę zabieram ze sobą. Myślę, że dobijam powoli do 100 użyć palety – ale w ogóle tego nie widać! Największy „dołek” mam w cieniach „Nectar” (jasny złoty) i „Luscious” (metaliczny rudo-beżowy) – to moje ulubione. Następny w kolejce jest różowo-złoty „Bellini”. Widać też naruszoną powierzchnię w fioletowym „Peach Pit”, różowym „Just Peachy”, brzoswkiniowym „Candied peach”, brązowym „Carmelized” i zielonkawym „Bless her heart”. Ale zapewniam Was, że używałam każdego cienia i naprawdę jestem zaskoczona, że tak słabo to widać. To chyba kwestia tych cieni – są mocno napakowane, mają dużo pigmentu i przez to są szalenie wydajne.

 

Paleta nowiutka vs. teraz, po roku używania (średnio raz w tygodniu plus drugi raz jako dodatkowa)

 

Te matowe brązy są szalenie wydajne!

 

 

Z czym łączę cienie „Sweet Peach”?

Bardzo często cały makijaż oczu wykonuję tylko tą paletą cieni – dla mnie jest „kompletna”. I jeżeli jadę gdzieś na weekend z Mężem, to właśnie tę paletę zabieram ze sobą. Czasem jednak, co zrozumiałe, łączę cienie „Sweet Peach” z innymi kosmetykami z mojego zestawu.

Najczęściej wybieram cienie mineralne, które łatwo i szybko pozwalają mi zaznaczyć załamanie powieki – minerały rewelacyjnie się blendują i cudownie pozwalają „budować” i pogłębiać kolor. Najczęściej wybieram cienie Annabelle Minerals – jaśniutki „Vanilla” jako bazę oraz ciemny, neutralny brąz „Chocolate” do zaznaczenia załamania. Jesienią odkryłam też, że do makijażu wykonanego paletą „Sweet Peach” obłędnie pięknie pasuje duochromowy rdzawo-zielony cień Glam Shadows „Perskie oko”. Nakładam go w zewnętrzy kącik, a resztę makijażu wykonuję cieniami „Sweet Peach” i o jeny, to chyba mój najbardziej komplementowany makijaż ever.

Jeśli chodzi o rozświetlacz to jasna sprawa – najbardziej tu pasuje szampańskie złoto jak np. Mary LouManizer. Ale raz dla kontrastu nałożyłam chłodny, zielony rozświetlacz i o rany, to był strzał w dziesiątkę! Cudownie się komponował z brzoskwiniowo-rudymi cieniami do powiek.

Przez jakiś czas miałam problem z różem oraz pomadką pasującymi do cieni „Sweet Peach” – klasyczny, złamany róż nie zawsze tutaj pasuje. Jeśli chodzi o róż to bardzo chciałam kupić produkt Too Faced z tej samej brzoskwiniowej serii, ale niestety jest dla mnie za drogi. Wciąż mi się podoba, ale nie wiem, czy uda mi się odłożyć na niego pieniądze. Całe szczęście wpadło mi w łapki inne brzoskwiniowe cudo – róż Sephora z kalendarza adwentowego. Bardzo polubiłam ten róż, wygląda ślicznie i bardzo naturalnie na twarzy, nadaje się do makijażu „no makeup I woke up like this” 😉 Co prawda jest matowy, a ja chciałabym jeszcze coś błyszczącego, więc wciąż w mojej kolekcji jakby co jest miejsce na róż Too Faced 😛

Jeśli chodzi o pomadki, to musiałam zdecydowanie kupić coś nowego. Jednak w tym samym czasie czy kupiłam „Sweet Peach” rozpoczął się trend na metaliczne pomadki, które bardzo mnie kusiły, więc zdecydowałam się na zakup złotej szminki Catrice – efekt jaki daje bardzo mi się podoba i moim zdaniem pasuje do cieni. Teraz mam jeszcze jedna pomadkę metaliczną – Eveline w odcieniu brązu i chyba lubię ją nawet bardziej niż Catrice, bo nie wysusza ust. Ale najczęściej do makijaży ze „Sweet Peach” noszę fioletową szminkę Pierre Rene Royal Matt „Soft Mullberry” – omg jak ja uwielbiam jej kolor! To w ogóle ostatnio moja ukochana szminka, niebawem Wam o niej napiszę! Niedawno dostałam też od Basi szminkę z tej samej serii w odcieniu „Cream Toffee” i to pnudziak perfekcyjnie dopasowany do „Sweet Peach”. Ostatnio zrobiłam sobie wyzwanie „dwa tygodnie jednak paleta cieni” z moją brzoskwinką i w tym czasie do większości makijaży wybrałam właśnie „Toffee Cream”, jest świetna do noszenia na co dzień.

 

zielony rozświetlacz kosmetyki do makijażu
Polecam spróbować z zielonym rozświetlaczem! Tego tutaj MUR już nie mam – dawał ładny efekt na skórze, ale szybko rozpadło się jego opakowanie, co mnie strasznie wkurzało, więc wywaliłam. Bronzera z palmą też już nie mam – po kilku latach używania musiałam się go pozbyć, ale używam teraz podobnego.

 

Lakiery do paznokci pasujące do makijażu
Jak się okazuje, mam też mnóstwo lakierów w odcieniach “Sweet peach” – uwielbiam te kolory!

 

 

Własnie walnęłam ośmiostronicowe wypracowanie na temat „Sweet Peach”. I pisanie tego to była dla mnie czysta przyjemność, bo mogłabym o tej palecie gadać i gadać! Mam nadzieję, że czytanie tego tekstu też było dla Was miłe 🙂 W każdym razie – minął rok, a ja wciąż się zachwycam! I oficjalnie przyznaję „Sweet Peach” tytuł mojej ulubionej palety cieni ♥
Komu też tak się podoba brzoskwinka? Jaka jest Wasza ulubiona paleta cieni? 🙂